Za siedmioma blokami, siedmioma torami i czternastoma samochodami
W sali balowej tragedia, larum
Imć Czeplewski trafiony z piętra książką w łeb opuścił łez padół
A kniga to nie byle jaka była
Okładki drewno i skóra, tysiąc stronnic sobie liczyła
Rzecz się stała na spotkaniu autorskim
Jan Beletyński popełnił ową książkę
Detektyw szybko przybył na miejsce
Nie miał reklam na sobie, co nie jest dziś częste
Już nie te czasy że tylko logo na bluzie
Reklamy malowane, tatuowane zdobią dziś i buzie
Technologia nowa weszła i jak nie jesteś frajerem
Cała twa sylwetka staje się świecącym banerem
I czipy nowe weszły też, wyświetlają przed oczyma
Reklamy ciągnące się do samiutkiego nieba
A gdyby nie Unia byłoby jak w Stanach
Że czip po minięciu właściwego baru głód wywołuje zaraz
Abonament premium kupuj jadąc samochodem
By między reklamami na szybie widzieć jakąkolwiek drogę
I spyta jeden z drugim wsteczni, co się dzieje z narodem
A naród tak upodlony, by nie przymierać głodem
Ale Detektyw był z innej gliny,
reklam unikał, ale nie ukryją się przed nim żadne… złoczyńcy
I tak książkę zważył, odległość pomierzył,
przyspieszenie grawitacyjne nawet uwzględnił
Przepytał każdego z obecnych, kto kogo widział gdy mordu godzina
Ustalił odległości, poustawiał gości, kłamać mógł najwyżej jeden – złoczyńca.
I wtem wyszedł mu wniosek nieziemski
Mordercą jest sam autor – Beletyński
– Ale, czemuż o panie, zbrodnię popełniłżeś krwawą?
– Bo widzisz waść, chciałem reklamę książki nietypową