Diabelskie ruiny

Anna bezmyślnie przeglądała serwisy społecznościowe na telefonie, próbując zabić czas między zamówieniem posiłku a jego dostarczeniem. To oraz fakt nawet w pomieszczeniu nie zdjęła zakrywających sporą część twarzy okularów było błędem, telefon można namierzyć, a nietypowe zachowania nawet podyktowane chęcią anomizacji, w wykonaniu przejezdnych zawsze budzą podejrzenia miejscowych. A Anna nie mogła dać się rozpoznać, rodzić podejrzenia, a tym bardziej dać się złapać, ponieważ uciekała przed potężnym prześladowcą – państwem polskim.  

Po drugiej stronie pościelonego ceratą w biało-niebieską kratę stołu swoim telefonem bawiła się Iza – jedyna rzecz trzymająca Annę przy życiu, jej ukochana córka, dla której poświęciła wszystko i musi uciekać.

Uniosła z zaciekawieniem aluminiowy widelec i zaczęła mu się przyglądać, dawno czegoś takiego nie widziała, tak samo jak stojaka na ceniutkie białe serwetki i wazoniku z napisem „Społem” w którym chwilowo nie gościł żaden chabaź i lamp z plastikowymi kloszami, których  każdy niższy okręg jest mniejszy od wyższego. „Że też takie rzeczy się po wiejskich knajpach ostały” – pomyślała.

Polskie wsie to nie były jej tereny, jej habitat; wychowała się w mieście, tam też mieszkała jej cała rodzina, wakacje spędzała wyłącznie za granicą i podczas jednego z tych wyjazdów poznała jego Mężczyznę Idealnego. Był wysoki, przystojny i miał zniewalający uśmiech; swą magiczną karetą zabrał polskiego kopciuszka do swojego zamku, za 7 górami, 7 rzekami i żyli długo i szczęśliwie, ale do czasu. Anna nie znała języka, więc nie mogła znaleźć pracy, poświęciła się w pełni wychowaniu córki, a niezdiagnozowaną depresję podsycaną przez samotność spowodowaną jego długimi godzinami pracy, chęcią absolutnej kontroli nad nią i brakiem znajomych leczyła alkoholem. I właśnie te kilka wyjść ze śmieciami, czy po listy do skrzynki, odbyte krokiem tanecznym miało spowodować jej zgubę. Sąsiedzi już widzieli – nie dość że cudzoziemka to do tego pijaczka, wiedziała że po podjęciu decyzji o odejściu od Mężczyzny Idealnego w sądzie nie wygra jako bezrobotnopijacka cudzoziemka.

Wzięła Izę i uciekła do Polski i zamiast wymachiwać flagą białoczerwoną i krzyczeć o nieoddawaniu polskich dzieci, dzięki czemu przyciągnęłaby wianuszek uniesionych patriotyzmem polityków, gdy dowiedziała się że polski sąd uznał zagraniczny nakaz za zasadny, zrobiła znów to co potrafiła – uciekła.

Ta ucieczka zaprowadziła ją tu, do wiejskiej knajpy z wystrojem z poprzedniej epoki, gdzie kelnerka na pytanie o dostępność schabowego z niewiadomych przyczyn się roześmiała, więc musiała postawić na pierogi ruskie i jej nadszarpnięte nerwy, były nadszarpywane kolejne razy przez dwóch podpitych jegomości, którzy a to głośno rozmawiali, a to zamieniali się w duet artystyczny gdy jeden sięgał po akordeon a drugi zawodził sznapsbarytonem „…dziewko o piękna dziewko, ja kwiaty, las cały, wszystko ci dam..”.

Anna ukrywała przez Izą cel „wycieczki” i twierdziła że będą zwiedzać, nawet popakowała plecaki i do pożyczonego od brata rzęcha i włożyła namiot. Po uiszczeniu zapłaty gotówką, podczas której kelnerka intensywnie przyglądała się banknotowi, by finalnie cicho bąknąć „pewnie zagraniczny” i wsadzić do szufladki wielkiej kasy sklepowej, spytała jeszcze co w okolicy warto zobaczyć.

Może diabelskie ruiny – po chwili zastanowienia odrzekła kelnerka – byle nie o północy.

Haha! Na diabelskie ruiny przejezdnych wysyła – roześmiał się żul nr 1 – to może lepiej w mieście obok niech na Milicję pójdą i powiedzą że opozycji są, haha!

O czym o mówi? – spytała kelnerki Anna

O przesądach z jego starego, zapijaczonego łba – odparowała kelnerka – ruina jak ruina, pozwiedzać można, ino nie o północy, taki wiejski przesąd.

Oj nie przesąd, nie przesąd paniusiu – odparł żul – jam człek prosty i fakt pijak, ale mój kompan, on uczony, filozofem uniwersyteckim był i koncypował i tak koncypował aż mu wyszło że życie nie ma sensu, wrócił na rodzimą wieś, zmienił karierę na filozofa ludowego i tak teraz ze mną popija, on lepiej wytłumaczy jak to tam było.

Żul nr 2 wrócił z toalety z grymasem wyraźnej ulgi na twarzy po opróżnieniu pęcherza i dowiedziawszy się w czym rzecz usiadł i rozpoczął gawędę:

Do budowy kościoła św. Floriana, bo tak brzmi prawidłowa nazwa budowli, zaangażowano miejscowe chłopstwo pewnego dnia rankiem do pracy dwóch zmierzało pieszo. Praca szła sprawnie i po miesiącu robót na pagórku zaczęła kamienna budowa górować nad polami malowanymi zbożem rozmaitem, wyzłacanymi pszenicą, posrebrzanymi żytem, gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała…

Patrz Albert, co tu się odpierdala? – zakrzyknął jeden z chłopów do drugiego – zakrzyknął znający tę historię żul nr 1, nr 2 niezrażony ciągnął dalej:

Drugi, po wnikliwej analizie tematu, jedynie marginalnie zahaczając o rozważania o zależnościach między bytem i powinnością, pojął że jego imię faktycznie brzmi Albert. Przetarł oczy i spojrzał w kierunku budowli, na której ołtarzu składali ofiarę z własnego potu, krwi, łez i wyziewów po okowicie od starego Jurgena. Wyraźnie niezadowolony z tego co ujrzał, przetarł oczy raz drugi. Znów źle. Zamknął oczy.

Albert przypomniał sobie że według irlandzkiego myśliciela Georga Berkleya przedmioty istnieją tylko wtedy gdy na nie patrzymy, a znikają gdy  odwracamy wzrok. Miał więc nadzieję że tym razem ruiny znikną, gdy spojrzy po raz kolejny. Otworzył oczy i znów nic, prócz skonstatowania że koncepcje Berkleya pewnie też wynikały z picia okowity starego Jurgena.

I tak stali dwa chłopi z rozdziawionymi pyskami przed ruinami, które jeszcze wczoraj były niemal gotowym kościołem, gdy nagle dało się usłyszeć szelest w krzakach i rogi wystające ponad linią krzewów.

Wyłaź no! – zakrzyknął chłop pierwszy.

Wtem krzaki rozsunęły się i wyszedł zza nich czarny kozioł, stąpający jednak tylko na tylnych racicach i chodem niby to ludzkim zbliżył się do zdziwionych miejscowych.

Tak, słucham? – odparł kozioł

Albert intensywnie zaczął się wpatrywać w przybysza i postawił dociec jego istoty

A ty kim niby jesteś? Owocem źle pojętej przyjaźni ludzko-koziej?

Ależ skądże – odparł tamten – zwą mnie Szatanem, pewnie słyszeliście, bo mój zły PR wyprzedza mnie gdziekolwiek pójdę, stąd ostatnio rozważam rebranding na Zakład Ubezpieczeń Społecznych.

Słuchaj no gadzie piekielny – odparł pierwszy, wyciągając zza koszuli krzyż na łańcuchu- gadaj no, co tu się stało, kto zniszczył wznoszony kościół?

Jam był – rzekła bestia – wracał żech do dom, wziął kamień i cisnął w budowlę, spodobało mi się, więc cisnąłem dwa kolejne.

Ale dlaczego tak? – spytał Albert

A bo ja wiem, pewnie przesadziłem z okowitą starego Jurgena, w każdym razie nic nie żałuję, w borze tym oddawano mi cześć od wieków, więc to mój rynek i niniejszym embargiem chronią go przed zagrażającej konkurencji wierzeń importowanych.

Jeszcze zobaczymy! – chóralnie odparli chłopi i pobiegli do wioski.

Ksiądz usłyszawszy co miało miejsce wzburzył się, a że zaliczył zdalny kurs egzorcyzmowy, toteż kopytna bestia nie była mu straszna, chłopstwo z karczmy chwyciło rekwizyty w postawi wideł i pochodni i poszli tak wszyscy na pagórek z borem, celem rozprawienia się z bestią.

Diabeł tam już na nich czekał – wzięło się ekipę na solówkę, klecho? – syknął na plebana – ale nic to, też mam kolegów. W koronie rosnącej nieopodal brzozy udało się usłyszeć szelest, po czym coś zaczęło schodzić, zawijając się o konar. Przed tłumem stanął niepozorny jegomość, lekko łysiejący, w za dużym garniturze i takichż okularach.

A Ty kim niby jesteś? – spytał ksiądz

Inspektorem Nadzoru Budowlanego – odparł tamten – widzicie państwo, budowla nie zgłoszona, nie zatwierdzona, własność działki niepewna, nikt z urzędu nie zawołany, nie posmarowany, materiały niecertyfikowane, robotnicy bez przeszkolenia BHP, a gdyby to tak już było otwarte i komu cegła przy modlitwie na głowę spadła? No nie może być, zakazuję! 

Nagle zatrzęsła się ziemia, rozwarła się, a tam drugi, podobny ludek wyskoczył. Dzień dobry, jestem konserwatorem zabytków i zjawiłem się żeby ostrzec, że nawet po załatwieniu wszelkich niedociągnięć, wskazanych przez przedmówcę, ruin nie wolno już ruszyć.

A to niby czemu? – spytał coraz bardziej zrezygnowany ksiądz

Bo to zabytek

Przecież ledwie od miesiąca wznoszony!

Tak, ale za sto lat od teraz już będzie miał sto lat, a ja zwykłem myśleć wprzód. Ponadto artystyczny wkład Szatana nie pozwala na gruncie prawa autorskiego na modyfikacje bez jego zgody, a pozostałe rzeczy wymagają zgody mojej, której rzecz jasna nie dam, uprzednio topiąc każdego śmiałka w papierach.

No i tak to było – zakończył żul nr 2 i straciwszy zainteresowanie przybyłymi, wrócił do sączenia piwa z kompanem.

Anna nie wiedząc co myśleć o tym wyziewie chorego umysłu, chwyciła Izę za rękę i skierowała się do wyjścia, w drzwiach zatrzymała ją kelnerka

– proszę nie brać na poważnie tego bajdurzenia, nic takiego tam nie było, babcia mi mówiła że oprócz tego że kościoła nie udało się skończyć, jedyną nienormalną rzeczą było to że jak robotnicy zapomnieli 2 łopat, to na drugi dzień jak przyszli ich styliska zamieniły się w wióry, a sztychy pordzewiały a stal cała popękała – tylko tyle.

Dzień się zbliżał ku końcowi gdy wyjeżdżały z wioski w dalszą trasę, GPS wskazywał 4 km do miasta, gdy nagle zadzwonił telefon Anny, spojrzała szybko na ekran, był to jej brat, niewiele osób posiadało ten numer, zaparkowała na poboczu, odebrała.

Twoje zdjęcie jest w mediach – zaczął bez przywitania – wyślę Ci linka, nie przedłużam.

Anna weszła w link, wydanie internetowe regionalnej gazety umieściło jej zdjęcie wraz z krótkim opisem zarzutu pośród 30 innych zdjęć osób poszukiwanych. Artykuł był rozprowadzany po social mediach, ludzie lubią czytać takie rzeczy, zdjęcie było stare i niezbyt wyraźne, ale dostatecznie by była rozpoznawalna i żeby dwóch jegomości zamieściło komentarze w stylu „no no, jakbym złapał, to bym na pewno organom ścigania nie wydał 😊”, Anna skrzywiła się tylko na te wątpliwej jakości komplementy i już w głowie układała dalszy plan podróży, gdy Iza odrywając jasnozielone oczy od telefonu powiedziała z tylnej kanapy „mamo, muszę siusiu!”

Okoliczne pola nie zapewniały dostatecznej intymności, więc postanowiły że wjadą niepozorną dróżką w malutki lasek. Tam po załatwieniu potrzeb już miały ruszać w dalszą trasę, gdy nagle okazało się że samochód nie chce odpalić. Anna jęknęła z beznadziejności sytuacji, ale rozumiała że nie może nic dać po sobie poznać. Zebrała okoliczny chrust, odpaliła ognisko, nożykiem naostrzyła kije, kiełbasy szczęśliwie miała w bagażniku. Po kolacji tuląc się na tylnej kanapie do Izy, która już miała problemy z utrzymaniem głowy pomyślała – może i dobrze że nam się takie przypadkowe stołowanie bez stołu razem trafiło i zasnęła.

Rano po otworzeniu oczu coś niewidocznego nocą przykuło jej wzrok kilkanaście metrów od samochodu, na polanie w środku lasu do nieba pięła się czworoboczna ruina. Więc jednak i tu dotarliśmy – pomyślała – po czym wyszła z samochodu i doznała uczucia że coś jest nie tak. Po wczorajszym ognisku nie było śladu, w miejscu tym widoczna była tylko świeża trawa. I przód samochodu, nie wiedziała jak to mogło się stać od przodu do wysokości szyby auto było całe skorodowane, miało dziury, opony sflaczałe, reszta auta wyglądała na nietkniętą.

-co do … – już miała zakrzyknąć, gdy przerwała jej Iza

– mamo, co się stało z autem?

– nie wiem córuniu, ale to staroć, znajdziemy coś lepszego – skłamała, będąc przygotowaną że do pobliskiego miasta trzeba będzie ruszyć pieszo, a czując że ryzyko złapania będzie tam dość spore i może wieszczyć kres ich odysei, postanowiło rozstawić namiot i cieszyć się dniem, jakby miał być ostatnim. Szczęśliwie zapasy żywności z bagażnika pozostawały nietknięte, dzień zleciał im na eksploracji samych ruin, spacerach po okalającym lasku, plus jeżeniu włosów na karku Anny gdy drogą nieopodal na sygnale przejeżdżała czy to policja, staż czy pogotowie. Dzień zakończyły urastającym do rangi tradycjo ogniskiem, tym razem rozpoczętym później niż wczoraj, bo dość długo rano spały, wyczerpane podróżą.

W pewnym momencie Anna postanowiła sprawdzić czy informacje o niej są jakość szerzej teraz rozpowszechniane w wirtualnej prasie, sięgnęła po telefon, odpaliła przeglądarkę, telefon padł – bateria. Poczekaj tu Iza chwilkę i nigdzie się nie ruszaj, ja skoczę po powerbank – powiedziała i ruszyła w stronę samochodu. Znalezienie urządzenia i podłączenie zajęło maksymalnie dwie minuty, już miała ruszać z powrotem, gdy w blasku księżyca dostrzegła dziwne zjawisko, wokół ruin trawa opadała i brązowiała, to znów wstawała i zieleniała, okoliczne drzewa wystrzeliły w górę by chwilę potem stracić liście i się rozpaść w powietrzu, a ku niebu zaczęły się piąć innej, wyrastając z ziemi zaraz obok nich.

Iza! – krzyknęła i rzuciła się biegiem w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą było ognisko, ale nikogo nie zastała. Dziwne zjawiska przy roślinach skończyły się chwilę wcześniej i wszystko zdawało się wrócić do normy, prócz braku Izy i ogniska oraz… postaci wyłaniającej się zza ruin zgiętej w plecach, w łachmanach, z powyginanymi palcami u rąk z których jedna dzierżyła kij służący za laskę.

W końcu przyszłaś! – zakrzyknęła starszym, choć silnym głosem – czekałam tyle lat. I wtem, niejako wbrew starczej posturze rzuciła się truchtem w stronę Anny. Ta przerażona sięgnęła po leżącą na ziemi gałąź i zdzieliła nią staruchę w głowę gdy ręce sięgały już szyi. Wbrew podszeptowi podświadomości, by ruszyć do ucieczki, uznała że starucha może wiedzieć gdzie jest jej córka, przukucnęła nad nią i w porytej zmarszczkami twarzy, wbiła wzrok w jasnozielone oczy, z których było widać ulatywanie życia.

.. w końcu przyszłaś, mamo.. – wyszeptała tamta, po czym wyzionęła ducha.

Kolejne działania Anny były jak w amoku i nie pamiętała następnych godzin, kilkuminutowego krzyku, potem kopania grobu gołymi rękami aż do zdarcia palców do krwi, wrzucenia ciała, zasypania go, nocnego przedzierania się przez lasek i pola do wsi gdzie się stołowały z Izą i finalnie utraty przytomności ze zmęczenia po przybyciu na miejsce.

Pierwsze przebłyski słońca obudziły ją, choć przez kilka sekund trzymała się nadziei że to co pamiętała to tylko zły sen, ale już otworzenie oczu i zobaczenie stanu rąk nie pozostawiło żadnych wątpliwości. Kolejne kilka sekund zajęło jej zrozumienie czemu tu jest – wróciła, wróciła po odpowiedzi dotyczące tego co się stało i jak to można odkręcić, ale coś było nie tak z budynkiem karczmy. Dach był w znacznie gorszym stanie niż wczoraj, dotąd szary budynek przykryty był żółtawą farbą nie pierwszej świeżości, która niemal zupełnie zasłoniła napis „bar” namalowany nad wyjściem. Drzwi były zamknięte, zerknęła przez okno – pusto, pajęczyny zdradzały że nikogo tam nie było już od wielu lat.

Leave a Comment