Louise ale uśmiechnij się naturalnie – krzyknąłem zza obiektywu do dziewczyny przed mną – to nie jest aparat cyfrowy, nie mam podglądu zdjęć, a liczba klisz jest ograniczona. Louise usta miała wykrzywione w nienaturalnym grymasie, a na jej czole dostrzegłem formujące się krople potu. „Nie będzie to fotka dnia” – pomyślałem – „ale co mi tam”. Pstryk! I po wszystkim.…
Analogowy aparat z zestawem do wywoływania zdjęć znalazłem w rzeczach taty w domu. Dni po jego śmierci zlewały mi się w jeden. Płacząca mama, brak koncentracji na lekcjach, znajomi spuszczający wzrok na mój widok z litości. Miałem tego wszystkiego dość, wziąłem jakieś wysypane przez mamę tabletki i leżące luzem kosztem i zapiłem stojącą za szafką whisky ten koktajl, w sumie nie wiem na wet po co, nie wiem czy chciałem ze sobą skończyć, nic już nie wiedziałem.
W każdym razie nic się nie stało, dziś ja Henry Walls – licealista z małego amerykańskiego miasteczka wstałem jak zwykle rano, przekąsiłem płatki z mlekiem na szybko i już miałem zbierać się na autobus do szkoły, ale wiedziony dziwnym przeczuciem wszedłem do garażu, gdzie tata po pracy majstrował nad czymś całymi i dniami i znalazłem skarb – stary analogowy aparat i postanowiłem wyrwać się z szarej codzienności i dla zgrywy porobić jakieś zdjęcia w szkole, mimo że o fotografii miałem pojęcie jak o tybetańskim balecie.
Wszedłem dziarskim krokiem do szkoły, przy szafkach spotkałem Jasona i Michaela, moich najbliższych kumpli.
Patrzcie na to – powiedziałem konfidencjonalnym szeptem i wyjąłem moje cacko z plecaka. Chłopaki zrobili wielkie oczy, to na niego, to na mnie.
Po co Ci to Henry? – spytał Jason.
No to aparat, zdjęcia chcę porobić – odparłem – chcecie może zdjęcie? – spytałem
Wiesz co, musimy teraz lecieć na lekcje, potem pogadamy – odparł Michael, po czym szybko oddalili się w stronę swojej klasy.
No nic, zamiast portretu, zróbmy zdjęcie grupowe – pomyślałem i skierowałem aparat na tłum uczniów sennie przesuwający się po korytarzu przed porannymi lekcjami.
Pstryk!
Tłum nagle zamiast się powoli jak dotychczas poruszać, ruszył szturmem do swoich klas. Dziwne – pomyślałem – nie słyszałem dzwonka, chyba jeszcze jestem zamulony tymi wczorajszymi pigułkami.
Wszedłem do mojej Sali, rzuciłem plecak na ziemię. Wszyscy zgromadzeni, włącznie z panią Moore się na mnie patrzyli. Jezu – pomyślałem – zmarł mi ojciec, nie roznoszę trądu. Postanowiłem to ignorować, jakoś ten dzień przeżyć. Pieprzony kretyn! – zakrzyknął John, rudzielec z sąsiedniej ławki z którym się ze wzajemnością szczerze nie znosiliśmy. Zdziwiła mnie tak jawnie wykrzyczana przy nauczycielce uwaga, ale postanowiłem dać mu flashem po oczach, jednym ruchem wyciągnąłem aparat jednym ruchem i nacisnąłem przycisk.
Pstryk!
Miałem tego dość, wyszedłem na korytarz, zionął pustką. Nagle pod stołem w jednej sal zobaczyłem pana Mathew – szkolnego dozorcę. Lubiłem go, mam nadzieję z wzajemnością. Zawsze dało się na spokojnie z nim porozmawiać w kantorku, gdy inne dzieciaki i dokuczały.
Co pan tam do diaska robi? – spytałem zdziwiony
A nic takiego Henry, nóżka się poluzowała, chyba złamana śruba.
Aha, a chciałby pan ze mną zrobić selfie – spytałem i wyciągnąłem aparat – będzie to trudniejsze niż telefonem, bo nie ma podglądu, ale jakoś damy radę.
Pan Mathew potrząsł głową przecząco, ale objąłem go ramieniem, wyszczerzyłem zęby, skierowałem obiektyw na nas.
Pstryk!
Louise spotkałem chwilę potem w sali gimnastycznej. Nigdy nie powiedziałem jej jak bardzo mi się podoba, może fotka starym aparatem będzie szansą by ją gdzieś zaprosić.
Po zdjęciu Louise upadła, moją głowę przebiegła kaskada myśli czyżby tak zareagowała na lampę, przypadkowo chwyciłem obiektyw i mnie oparzył. Dziwne – nie wiedziałem że to się aż tak nagrzewa – pomyślałem. Schyliłem się po aparat, żeby zobaczyć czy upadek go nie uszkodził, gdy usłyszałem „stój!” – gdy wyprostowałem się z aparatem, usłyszałem strzał i uderzenie w brzuch. Dotknąłem go ręką i poczułem jakiś płyn, spojrzałem na dłoń, jest cała czerwona. Obraz zaczął się ściemniać, upadłem na kolana, spojrzałem ostatni raz na aparat, ale to nie był aparat… to był pistolet…