… wiem że uważasz mój pomysł za dziwny…
Prawie krzyczał Franciszek do telefonu, podczas pojedynku na głośność z silnikiem jego wysłużonego Forda
…ale spójrz na to z tej strony, ceny najmu w mieście są takie, że znajomi studenci już nawet nie mają pokoi w mieszkaniach dla siebie, tylko gnieżdżą się po kilku w jednym. Ja będę miał domek dla siebie, zamiast czynszu mam tylko o niego dbać i podremontować dla właścicieli a za zaoszczędzone pieniądze starczą z naddatkiem na dojazdy na uczelnię do miasta, ledwie 5km od wsi. Dobra Mariolka to już tu, kończę, pa.
Wieś wyglądała niemal na opuszczoną a składał się na nią mały rynek i kilka prowadzących do niego promieniście ulic, skalą zaniedbania uświadamiały powszechnie odpadające tynki i rozbujana roślinność. Franciszek zaparkował Forda obok dwóch innych aut, sprawiających wrażenie wrostów i poszedł szukać dwupiętrowej kamieniczki, którą miał zwać odtąd domem. Większość budynków przy rynku miało partery przeznaczone na cele usługowe, ale tylko kilka nie miało okien zabitych płytami osb. Próbując przekręcić klamkę pierwszego z nich odkrył że jest zamknięty, zdziwiony Franek spojrzał na kartkę na drzwiach – otwarte w poniedziałki i środy. Spożywczy czynny tylko dwa dni czynny? Dziwne. Poszedł dalej do apteki – czynna we wtorki i czwartki – głosiła analogiczna kartka. Pozostała ostatnia placówka – zakład fryzjerski, przelotnie tylko spojrzał na kartkę – czynne w piątek, a że akurat był piątek, to wszedł. Rozejrzał się po przybytku, prócz starego sprzętu fryzjerskiego, dostrzegł głowy manekinów z twarzami i włosami – pewnie to peruki uznał.
– dzień dobry – zwrócił się do kobiety w średnim wieku
– a dzień dobry, pan Franciszek do kamienicy, tak?
– tak, ale skąd pani..
– mów mi Anna; to malutka miejscowość, niemalże wyludniona odkąd powstanie pobliskiej huty skaziło tutejsze tereny, została nas tylko garstka bratów i swatów, właściciel kamienicy od lat mieszka w Niemczech ale chce utrzymania tego miejsca w jako takim stanie, oto klucze.
Franek nieco zdziwiony sytuacją, podziękował i kręcąc kluczami na palcu wyszedł w wskazanym przez Annę kierunku.
Mimo obskurnego wyglądu kamienicy, zamek nie stawiał oporu; Franek wszedł, przesuwając palcami po ścianach z odpadającą, niegdyś zieloną tapetą i szybkim krokiem wchodził na skrzypiące drewniane schody których zapach dochodził do jego nozdrzy. O dziwo budynek, choć zaniedbany, sprawiał wrażenie czystego, nie było pajęczyn i kurzu, jakby ktoś tu regularnie sprzątał. Rzucił torbę na łóżko, poszedł pod miejscami zardzewiały prysznic. Następnie poszedł spać, nadchodzący weekend miał zamiar spędzić biwakując w miejscowych lasach.
Następnego mieszkańca Zielonej poznał dopiero w poniedziałek. Brodaty mężczyzna zamiatał chodnik przed sklepem spożywczym, to Henryk – sklepikarz.
Ooo pan Franciszek! – zakrzyknął basowym głosem
– dzień dobry… przedstawiać się już nie muszę…
– mała wieś, my tu braty, swaty, same braty swaty – odparł brodacz
W środku Franek kupił chleb tostowy i herbatę w saszetkach, dyskretnie spoglądając na datę ważności towarów. Po wyjściu zerknął na paragon, w nagłówku widniała nazwa firmy „PHU Smogowski”. Smogowski? Czy tak nie miał na nazwisko facet od którego mam moją kamienicę?
Poszedłbym po coś na ból głowy – pomyślał Franek – ale, no tak, dopiero jutro czynne. Ćmiący ból głowy połowicznie wybudził go ze snu w nocy i zobaczył nachylającą się nad jego łóżkiem postać, w półmroku pokoju zdążył tylko dostrzec czerwony sweter i to że z twarzą postaci było coś nie tak, była jakby zamazana. Intruz gdy tylko spostrzegł że został przyuważony, czmychnął z pokoju.
Rankiem Franek był roztrzęsiony, ale zanim mógł zacząć rozwiązywać zagadkę tego co tu się dzieje, musiał skoczyć po te tabletki na ból głowy, bo nieprzespana noc, sprawie nie pomagała. Aptekę prowadził Adam, był małomówny do stopnia przywitania, potwierdzenia że ma lek i pożegnania, pojedynczymi mruknięciami. Franek jednak nie miał ochoty na konwersację z człowiekiem w zbliżonym do niego wieku, orientując się skąd zna czerwony sweter który ten miał na sobie. W wyjściu zerknął na paragon i znów „PHU Smogowski”. Franek szybkim krokiem szedł w stronę swojej kamienicy, zwalniając jedynie na chwilę przy zakładzie fryzjerskim pani Anny, zatrzymał się i spojrzał przez witrynę na rząd manekinich głów, z przerażeniem odkrywając że jedna z nich przypomina właścicielkę a inna Henryka – sklepikarza.
Wbiegł do kamienicy i zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz, odwrócił się by zacząć się pakować, by jak najszybciej uciec z tej przeklętej krainy, gdy poczuł stal wbijającą się mu w brzuch. Jego wzrok powlókł wzdłuż ręki dzierżącej wbity w niego nóż.
Postać miała twarz Franka i spokojnie przemówiła.
„Dzień dobry, miałem klucz by wpuścić się do mojej kamienicy.”
Sięgnął do kieszeni Franka po jego portfel i kluczyki do starego Forda i kontynuował
„Mam tu sklep, aptekę i zakład fryzjerski, chociaż charakteryzatorstwo mnie zawsze bardziej interesowało niż cięcie włosów. Niestety, przy tak skromnej populacji jak ta Zielonej, PHU Smogowski nie zwojuję świata, więc muszę łowić takie ofiary jak ciebie. Nazywam się Smogowski, choć znasz mnie już jako Annę, Henryka, Adama a od dziś także Franka.