Mleko
Płatki
Chleb
Kawa
Tak wyglądała lista zakupów Roberta, ale nie musiał jej brać ze sobą, przypomniał sobie sztuczkę którą nauczyła go jego świętej pamięci żona Hanna – wystarczy powiązanie przez czynności. I tak na jutrzejsze śniadanie wleje mleka do miski i wsypie płatki, po zjedzeniu zagryzie kromką chleba, a śniadanie popije kawą, dzięki temu, choć pamięć już nie taka jak kiedyś, zapamięta całą listę zakupów. Na głowę na której z rzadka rosły siwe włosy nałożył kaszkiet i podreptał do kuch po parcianą torbę, była w szafce na dole po prawej i tak przez ostatnie 50 lat. Poklepał się po kieszeniach kurtki, upewniając się że ma portfel i klucze, ruszył do garażu. Był dumny ze stanu utrzymania swojego Poloneza, lśnił niczym w dniu w którym odbierał go z Polmozbytu, co prawda silnik ostatnio stawał się coraz głośniejszy, ale korespondowało to ze słabnącym słuchem Roberta, hamulce coś niesymetrycznie działały, ale to tylko prosta droga do najbliższego miasteczka, zajmie się tym jak wpłynie kolejna emerytura; jeździć do miasta na zakupy trzeba bo lokalny sklepik padł już dawno wraz z niedoborem amatorów trunków pod nim siedzących, kto by wcześniej podejrzewał jak ważne to koło zamachowe wiejskiej gospodarki.
Robert rozejrzał się korzystając już bardziej z ruchliwości gałek ocznych, niż szyi i wyruszył w trasę. Pierwsze kilka kilometrów na drodze minęło jak przez wszystkie poprzednie lata, jednak nagle dostrzegł że ciężarówka z naprzeciwka zaczyna zjeżdżać na jego pas. Robert zaczął hamować, jednocześnie zmieniając tor jazdy na maksymalnie odśrodkowy, ale był pewien że nie uniknie cielska giganta, zamknął oczy. Spodziewanego uderzenia nie poczuł, zerknął w tylne luster, ciężarówka się oddalała, ha pamięć mięśniowa doświadczonego kierowcy – pomyślał, po czym krzyknął „jak jeździsz baranie!” jakby nieświadom że zamknięte szyby i odległość między pojazdami skutecznie utrudni przekazanie komunikatu.
Po dojechaniu na parking sklepu w mieście udał się po wózek zakupowy, częściowo dlatego że zawsze jakieś nadmiarowe zakupy mogą się trafić, ale chyba bardziej z przyzwyczajenia i tu zastała go pierwsze różnica, wózki dawały się odblokować bez wkładania w nie złotówki lub żetonu, ho ho czyżby w końcu zaczęli nas traktować jak ludzi, a nie jak dotychczas jak bydło tylko dlatego że okazjonalnie jakiś dzieciak nie odstawi wózka? – pomyślał staruszek.
Poczekał aż rozsuwane drzwi się otworzą i powłóczył nogami po lśniących płytkach podłogi, wdzięczny za dodatkową stabilizację którą zapewniał wózek. Już w połowie listy zakupów pojawił się nadmiarowy element, bo skusił się na kiść bananów w promocji. Wtem zobaczył coś dziwnego, powierzchnia sklepu się powiększyła, widocznie dotąd cała przestrzeń budynku nie była wykorzystywana i właściciel postanowił wykorzystać metraż na kolejne, tym razem już nie spożywcze, artykuły. Wzrok jego przykuł rower marki „Gazela”, uśmiechnął się do w zalewie szosówek, rowerów miejskich itp. nie sądził że ktoś jeszcze to produkuje, może jakaś moda na retro – uznał. Przypomniał sobie że za dzieciaka miał taki rower, z kolegami szalał po wsi, aż został namówiony by za przykładem reszty zjechać ze stromej miejscowej górki. Potłukł się okrutnie, rower nadawał się do wyrzucenia a rodzice zabronili mu wychodzić z domu przez tydzień.
Idąc dalej alejką z niecodziennymi przedmiotami jego oczom ukazał się duży bursztyn. Wziął go do ręki i zaczął oglądać, „dziś pewnie już to robią z jakichś syntetyków, szczególnie biorąc po uwagę za niską cenę” – pomyślał. Miał taki, tj. prawdziwy, na miesiąc miodowy pojechali z Hanną Polonezem nad Bałtyk, a to była pamiątka którą sobie przywieźli i która dumnie zdobiła pokój gościnny z poziomu meblościanki. W gorszym okresie w ich życiu Robert wyniósł go bez wiedzy żony do lombardu by mieć na gorzałkę. W zamyśleniu jego oczy powędrowały na tematycznie niepowiązane z bursztynami flaszki poukładane w następnym koszu alei. Odwrócił wzrok z odrazą, z tym już od dawna miał spokój, wrzucił bursztyn do wózka, czując że w ten sposób choć spróbuje naprawić dawny postępek.
Ostatnim zbiorem na alejce były albumy na zdjęcia, sprawdzając pobieżnie przedmiot Robert odkrył że producent umieścił już w nim jakieś zdjęcia, pewnie by pokazać jak właściwe będą się w nim prezentować. Na pierwszej stronie owczarek niemiecki – „zupełnie jak mój Azor” -pomyślał, wspominając psisko które wydawało mu się ogromne gdy był dzieckiem, był jego pierwszym przyjacielem i najlepszym kompanem zabaw aż do czasu gdy Robert go przerósł, a schorowane psisko w końcu odeszło na drugą stronę mostu. Robert uronił łzę, przewrócił stronnicę i coś przykuło jego uwagę w zdęciach dzieci – toż to fotografie jego kumpli z dzieciństwa, tu nie mogło być pomyłki, Władek który wyemigrował za chlebem, Heniek który zrobił karierę w partii i Szymon który się zapił. Robert nie wiedział co się dzieje, czy to jakiś żart, jest w ukrytej kamerze? Przewrócił na ostatnią stronę, dużo zdjęcie młodej Hanny. Rzucił album na miejsce i ile sił w starczych nogach zaczął pędzić do kasy. Przed nim w kolejce stał młody mężczyzna z sąsiedniej wioski.
– Dzień dobry panie Robercie!
– A dzień dobry dobry – odparł staruszek nie dając po sobie poznać zmieszania wywołanego sytuacją sprzed chwili
– akurat wracałem z dłuższej trasy międzynarodowej, senny się robiłem, więc wstąpiłem tu
– szybkie zakupy i do domu, do rodziców na maminny obiadek?
– nie panie Robercie, już nie do domu
Robert nie pojął gdzież to się wybiera młodzieniec, przystąpił do wykładania swoich towarów na taśmę, bo zawsze miał problem by zdążyć wyłożyć, a jeszcze gorszy żeby spakować. Kasjer kasował jego towary na bieżąco i gdy ostatni trafił na taśmę po sekundzie dało się słyszeć charakterystyczne piknięcie. Robert instynktownie sięgnął po portfel, by po chwili zacząć nerwowe poklepywać się po kurtce, przecież sprawdzał przed wyjściem. „Spokojnie panie Robercie” – odparł kasjer – „dzisiejsze zakupy na koszt firmy”. Robert ucieszył się i zdziwił na takie koło ratunkowe, markecie jeszcze się z czymś takim nie spotkał, nawet nie wyłapał że nieznajomy kasjer jakimś cudem znał jego imię, odczytał plakietkę na jego koszuli – „Piotr”. „Dziękuję najmocniej panie Piotrze” – odparł i przejechał wózkiem za linię kas, gdzie w tej sekundzie sklepowe halogeny zwiększyły moc światła do oślepiającego.

29.08.2023